czwartek, 23 stycznia 2014

Cud Narodzin

29 lipca 2012 rok, niedziela.
Ok. 8 rano obudził mnie lekki ból, coś jakby skurcz...
Było kilka dni po terminie. Następnego dnia rano, mieliśmy stawić się w szpitalu na wywołaniu.
Ten 'skurcz' więc był dla mnie przeogromną radością! :)

Było strasznie gorąco. Cały lipiec temperatury sięgały blisko 30st C.
Wyglądałam jak przepełniony powietrzem balon :)
Cała spuchnięta i obolała od kilku dni intensywnie skakałam na ogromnej, miękkiej piłce, a wszystko po to żeby naturalnie wywołać poród. Strasznie bałam się tych wszystkich kroplówek, leżenia w szpitalu, a już nie daj Boże, cesarskiego cięcia!
Od początku ciąży byłam przekonana, że chcę urodzić sama, w 100% naturalnie :)
Właściwie tu mogłabym powiedzieć, że nastawiłam się do porodu tak pozytywnie, że wcale się go nie bałam, a wręcz przeciwnie - nie mogłam się go doczekać. Moim stałym tłumaczeniem było to, że skoro miliony kobiet na świecie dało radę, to i ja dam :)

Wracając do niedzielnego poranku...
Obudziłam Dawida mówiąc, że chyba 'coś' się ruszyło.
Powiedziałam "chyba" ponieważ skurcze były tak delikatne, że nie byłam pewna czy to już TO :)

Zaczęłam odliczać przerwy między nimi.
Najpierw było 10 minut, później 7 ... Ale ból był cały czas bardzo słabiutki, wywoływał uśmiech na mojej twarzy, choć przyznam, że adrenalina rosła w tempie błyskawicznym!
Pomyślałam wtedy: "a może to już dziś!?"

Zjedliśmy rodzinnie śniadanie.
Po śniadaniu sprawdziłam czy w torbie do szpitala niczego nie brakuje i zadbałam również o to abym to ja była do niego w pełni przygotowana.
W moim żółwim tempie zeszło prawie do obiadu... 
Dawid szykował na ogrodzie grilla, ja zrobiłam w domu sałatkę ze świeżych warzyw. 
Nagle moją uwagę odwróciły skurcze, ciągle tam samo delikatne, jednak dużo częstsze, co 5 minut.

Stwierdziłam, że spokojnie zjem jeszcze kiełbaskę z grilla i zobaczymy co będzie dalej.
Moja mama zaczęła się niepokoić moim niebywałym spokojem. Stanowczo powiedziła, że skurcze co 5 minut to już odpowiedni czas żeby pojechać do szpitala!
Ja jednak upierałam się przy tym, że to za słaby ból jak na akcję porodową i jeszcze poczekamy...
[czułam się tak jakbym rodziła już ze sto razy!]

Po obiedzie skurcze znów przyspieszyły. Pojawiały się co 3-4 minuty.
Dawid postanowił za mnie. Jedziemy do szpitala.

Całą drogę marudziłam, że na pewno się ośmieszę i wrócimy do domu z kwitkiem.
Przecież naczytałam się tyle o porodach... skurcze porodowe, te co 3-4 minuty, są już nie do wytrzymania. Kobiety nie są w stanie myśleć, ruszać się, błagają o zastrzyki przeciwbólowe, ja tymczasem czułam lekki ucisk, który nadal wywoływał uśmiech na mojej twarzy :)

Dojechaliśmy.
Nie śpiesząc się wcale idę w stronę szpitala, kpiąc pod nosem, że niepotrzebnie mnie tu przywieźli...
Po prostu nie chciałam bez potrzeby zostawać w szpitalu, nie lubię tego miejsca.

Zadzwoniłam dzwonkiem na porodówkę.
Kiedy po drugiej stronie usłyszałam głos kobiety, wypowiedziałam niepewnie jedno zdanie: "dzień dobry, chyba zaczęłam rodzić" :)
To "chyba" mnie prześladowało od rana!

Po kilku minutach otworzyły się ogromne drzwi i uśmiechnięta Pani w białym fartuchu [a może był zielony!?] poprosiła mnie do środka. Dawid miał czekać pod drzwiami.
Żarty się skończyły, pomyślałam i poczułam jak moja twarz robi się biała jak ściana...
Położyłam się na łóżku, położna przypięła mi pasy do zbadania KTG.

Usłyszałam wtedy, że widać delikatne skurcze macicy, że rozwarcie jest na dwa palce, a akcja porodowa powolutku się rozpoczyna. No nic... To jeszcze długo potrwa, westchnęła.
Była mniej więcej godzina 16:00.

Po kilkunastu minutach przyszedł zbadać mnie lekarz ginekolog.
'Przetoczyłam się' do pomieszczenia obok żeby mógł zrobić mi USG.

"Kobieta urodzi kobietkę" usłyszałam :)
"Tak, to dziewczynka. Kornelia" - odpowiedziałam.
Pan Doktor pomierzył ją, popatrzył czy jest dobrze ułożona i stwierdził, że być może już dziś pojawi się na świecie...
[3,5 kg. Tyle miała ważyć Kornelia wg USG]
Kiedy skończył badanie poczułam silniejszy skurcz. Ale nadal 'przyjemny'.
Co się okazało chwilę później - mam już rozwarcie na 6cm!

Położna przyniosła mi jakieś płachty materiału do przebrania. 
Zrobiła lewatywę, kazała iść pod prysznic ...

Kiedy wyszłam z łazienki czekał na mnie Dawid.
Przeszliśmy razem do pokoju, w którym za kilka godzin miała urodzić się Kornelia.
Była godzinia 17:50...

Pamiętam jak wpatrywałam się w wiszący na ścianie, głośno tykający zegar.
Skurcze miałam nadal co 3 minuty.
Dostałam piłkę do skakania, tą samą, którą miałam w domu.

Dawid w tym czasie rozpakował torbę. Podawał mi wodę do picia. Nic nie mówił...
Nagle zamarłam. Złapałam się poręczy od łóżka i zacisnęłam zęby. Poczułam przeszywający mnie ból, pierwszy taki, że zabrakło mi tchu! 
Miałam wrażenie, że trzyma mnie w nieskończoność. Sekundnik na zegarku jakby zwolnił aż po chwili całkiem się zatrzymał i wcale nie miał zamiaru ruszyć dalej.
Krzyknęłam do położnej, która wypełniała jakieś papierki w pomieszczeniu obok, że to chyba już!

Pamiętam doskonale, z jakim chytrym uśmieszkiem stanęła w drzwiach i powiedziała do mnie: "O nie moje dziecko, to tak szybko nie idzie, trzeba trochę pocierpieć zanim dziecko przyjdzie na świat..."
Te słowa utkwiły w mojej pamięci po dziś dzień :)
Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że za kilkanaście minut Kornelia będzie już z Nami :)

Wstałam z piłki i zaczęłam niecierpliwie spacerować wokół łóżka.
Przestraszyłam się tego bólu, choć nie był nie do wytrzymania.
W głowie szykowałam się na kolejny i kolejny ale tym razem poczułam coś innego... Między nogami mokro i ciepło a ból jakby taki rozpychający moje ciało od środka.

Dawid zawołał położną.
Tłumacze jej, że czuję mocne parcie, tak jakby główka schodziła w dół.
Znów usłyszałam niedowierzanie w jej głosie, lecz tym razem rzuciła pisanie i przyszła do mnie to sprawdzić.
Kazała położyć się na łóżku i wziąć nogi do góry.

W tym czasie mnie znów łapie skurcz, znów silny, ale ciągle znośny.
Oddychaj, pomyślałam.
Nigdy nie chodziłam do szkoły rodzenia, nigdy też nie "uczyłam się" rodzić, stawiałam w 100% na matkę naturę i co się okazało, nie zawiodłam się :)

Położna chwyta szybko za telefon i słyszę jak prosi na salę kogoś do pomocy, ma przyjść również pediatra. Zanim odłożyła słuchawkę krzyknęła: "tak! rodzimy" !
"Juuuuż???" - nie mogłam w to uwierzyć! Złapałam mocno Dawida za rękę i czekałam na moment, w którym znów pojawi się ból.

Położna z uśmiechem na twarzy mówi do mnie, że zobaczyła włoski :)
Kiedy to usłyszałam dostałam jakiejś wewnętrznej mocy, mega siły! Wiedziałam, że jeszcze tylko jeden skurcz i Kornelia będzie na świcie, czułam to!
W tym momencie poczułam ostrą brzytwę i lekkie pieczenie... Położna nacięła mi krocze a zaraz potem kazała przeć.
Nie czułam bólu, nie czułam właściwie już nic... nic poza radością i szczęściem. Nie mogłam się doczekać kiedy zobaczę moją upragnioną córeczkę.

Zamknęłam oczy i zaczęłam wypychać z siebie dziecko. Delikatnie czułam jak spływa ze mnie ogromny ciężar, jak w brzuchu robi się pustka...
Godzina 18:25Kornelia przyszła na świat ! Moje cudne maleństwo :) ważyła 2960g i mierzyła 54cm.
Piękna, silna, zdrowa, moja! 
Dumny tatuś natychmiast przeciął pępowinę po czym położyli mi Kornelię na klatce piersiowej, tuż obok mojego szybko bijącego serca.
Właśnie wtedy zaczęła płakać. Dała znać, że już jest :)
Przez łzy wzruszenia całowałam ją, głaskałam, mówiłam do niej... nie mogłam uwierzyć w to, że jest już z Nami.
...


To był mój wymarzony poród. Najpiękniejsza chwila w moim życiu. Cud narodzin.
Nigdy tego nie zapomnę, a dzięki temu, że mogłam podzielić się tym z Wami, na pewno nie raz będę do tego wracać...

Do napisania tego postu skłoniła mnie wyjątkowa lektura, od której przez ostatnie dni nie mogłam oderwać się ani na chwilę.
Książka, napisana przez najpopularniejszą w Polsce położną - Jeannette Kalyta, zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że poczułam, że i ja musze opisać światu swój poród, tak jak czuję, prosto z serca.

Jeannette Kalyta pokazuje, że praca położnej to nie tylko zawód, to powołanie. 
Opisuje te wszystkie porody tak jakby każdy z nich był dla niej bardzo ważny. Uświadamia Nas kobiety, że wydanie na świat dziecka siłami natury to wyjątkowa chwila, niezapomniany moment i największe szczęście.
Czytając książkę nie raz pociekły mi łzy, nie raz też zaśmiałam się w głos.

Chciałabym aby była to obowiązkowa lektura dla wszystkich osób pracujących na oddziale położniczym :)
Tyle miłości, wiary, spokoju i szczęścia już dawno nikt nie przelał na papier.





W Nas kobietach drzemie niewyobrażalna siła, o jakiej mężczyźni mogą tylko pomarzyć.


                                                                    

35 komentarzy:

  1. Lubię czytać pozytywne opisy porodów :)
    Ja, choć byłam już w szpitalu (nakaz lekarza tydzień po terminie) nie sądziłam że urodzę na drugi dzień ;)
    Też byłam nastawiona pozytywnie a wszystkie krwawe mrożące krew w żyłach opowieści o porodach nie robiły na mnie wrażenia. Mój poród od pierwszego skurczu do rozwiązania trwał nie całe cztery godziny, czego 1,5 siedziałam pod prysznicem.
    I mogę śmiało stwierdzić że jak drugi poród, to tylko taki :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazrroszcze takiego porodu ja mialam cc ze wskazan i to byl horror. Podczas operacji zapasc, narkoza, potem maly przewieziony do innego szpitala na oiom.... Bardzo zaluje ze nie bylo mi dane doswiadczyc natiralnego porodu ;(

    OdpowiedzUsuń
  3. Mój poród był tez cudowny, krótki i praktycznie bez bólowy trwał zaledwie 15min i wspominam go zawsze z uśmiechem na twarzy. Nie chodziłam nigdy do szkoły rodzenia, liczyłam na matkę naturę i nie zawiodłam się ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. można powiedzieć, że miałaś piękny lekki poród :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja wlasnie doatalam dzisiaj ksiazke i te bede czytac. Mi nie bylo dane tego doswiadczyc :( i niegdy nie bedzie :) mam wady budowy macicy i tylko cc u mnie :( tez chcalam rodic naturalnie,Gratuluje, piekny opis porodu! i przezycia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ojejku- zazdroszczę takiego przyjemnego porodu...ja miałam cesarkę i tak przyjemnie tego nie wspominam..... ale wyczekiwany płacz Piotrusia oraz zapewnienie, że wszystko jest ok spowodowało, że zapomniałam o tym, że rodziłam ponad 24 godziny :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wzruszyłam się czytając Twój opis - tak pięknie to opisałaś :) Ja również marzyłam o porodzie naturalnym - niestety dwa razy miałam cięcie cesarskie... Nie było mi więc niestety dane przeżyć tego tak jak Ty. Cieszę się jednak z tego, że dane mi jest być mamą dwójki najcudowniejszych dzieci :) Pocieszam sie też tym, że w trakcie cc mialam tylko znieczulenie zewnątrzoponowe a nie ogólne - byłam więc cały czas przytomna i mogłam widzieć dzieciątka chwilę po tym gdy wyjęto je z mojego brzuszka :)
    Książka o której wspominasz coraz bardziej mnie intryguje :)

    OdpowiedzUsuń
  8. To jest niesamowite uczucie :) Sama kilka dni wcześniej na blogu opisywałam swój poród :) identycznie zatytułowany bo każdy poród to "cud narodzin". Książke przeczytałam i również polecam każdej kobiecie <3

    OdpowiedzUsuń
  9. piękny post Kasiu :) czytając go miałam wrażenie że jestem razem z wami w tej cudownej chwili.

    OdpowiedzUsuń
  10. Wzruszyłam się :) Super byłoby gdybyśmy wszystkie miały takie porody :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Wzruszyłam się. Zazdroszczę Ci takich wspomnień. Ja niestety nie mogę powiedzieć zbyt dużo miłego o personelu szpitala, gdzie przyszedł na świat mój syn. Najbardziej zapadła mi w pamięci pani anestezjolog, która znieczulała mnie do cesarki. Ona była miła.
    Mimo nie najlepszych wspomnień, to i tak jestem im wszystkim wdzięczna za to, że sprowadzili na świat mojego synka całego i zdrowego.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wow, pięknie napislals, widać ze włożyłaś w to wiele serca i emocji. Słyszałam wiele dobrego o tej książce, pod wplywem twojego wpisu postanowilam sobie ja kupic. Moze pomoze odnaleźć iskre w pracy, w ktorej czasem sie ja traci. No i tak gorąco ja rekomendujesz pracownikom oddzialow położniczych, ze chyba wrecz mam obowiązek :-) Milo slyszec ze masz dobre wspomnienia z porodu, to bardzo wazne i zostanie w tobie na zawsze. Pozdrowienia, Martyna J.

    OdpowiedzUsuń
  13. A teraz Wasz cud już mówi i mówi:"kocham Cię Mamusiu" - pomyś, jakie emocje wbudzi w Kornelci ten opis, jak go przeczyta za naście lat - piękne chwile - cudnie napisałaś :-) :-* Ja się poryczałam!

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak się cieszę, że napisałaś tego posta! Jest tak wiele kobiet w ciąży, chwilę przed swoim pierwszym porodem, które karmione straszliwymi opowieściami koleżanek, czekają na rozwiązanie z wielkim przerażeniem. A poród naprawdę można przeżyć pięknie... Ja mój wspominam bardzo, bardzo dobrze. Hubiś co prawda urodził się troszkę "na wariata", ale to był jeden z najpiękniejszych momentów mojego życia. I przysięgam, że chirurgiczne usunięcie z dziąsła ósemki, która nie chciała "wyząbkować" bolało bardziej :-) :-) :-).

    OdpowiedzUsuń
  15. Piekny opis :) u mnie bylo bardzo podobnie i z tymi skurczami i z jazda do szpitala :) do konca zycia bedzie to najpiekniejszy i najszczesliwszy dzien :))

    OdpowiedzUsuń
  16. Gratuluje swietnego porodu , bardzo faje wspomnienia i mile bardzo bym chciała aby tak wygladal mój 2 porod :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Rozpłakałaś mnie tak, że ekranu nie widzę :D
    Pięknie wspomnienia, magiczne chwile. Życzę każdemu, żeby porody odbywały się w taki sposób. Spokojnie, bez stresu i z dobrą opieką położnej, która słucha i słyszy!

    Sąsiadka, przez to że "to jeszcze nie czas, jeszcze pani pocierpi" swoje trzecie maleństwo urodziła na korytarzu w szpitalu. Na podłodze. I jeszcze ochrzan dostała, że co ona wyprawia ... także cieszę się i wzruszam zawsze jak czytam o tak pięknych porodach.

    OdpowiedzUsuń
  18. Piękny opis :)

    Tak, cud narodzin masz rację. Szkoda, że mój poród wyglądał inaczej, na wariata, z zaskoczenia, pamiętam jak leżałam w mikołajkowy poranek ok. 9 rano i patrzyłam na piękny śnieg za oknem i pomyślałam sobie "jak to cudownie byłoby mieć Małą przy sobie". I o 10.15 miałam cc :) Moment w którym kładą Ci dziecko na piersi - bezcenny.

    I właśnie gdyby nie cudowna położna przy mnie nie wiem jak to wszystko by się skończyło...

    OdpowiedzUsuń
  19. Pięknie napisane <3, ja poszłam na łatwiznę i miałam cc

    OdpowiedzUsuń
  20. Piękny i szybki poród. Lubię czytać wspomnienia z porodów. Mój to była rzeźnia z ubojnią, ale i tak mile wspominam, bo przecież to najpiękniejszy dzień w życiu matki!

    OdpowiedzUsuń
  21. wspaniale opisałaś przeżycia związanie z twoim porodem, ja również poród miałam lekki, ale później musiałam leżeć z małą przez ponad tydzień w szpitalu - co była dla mnie traumatycznym przeżyciem
    książka zapowiada się ciekawie, zachęca nas kobietki do przeczytania ...
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  22. przeczytałam w dwa dni - polecam! Chociaż w ciąży nie byłam i nie jestem, po lekturze tej książki też czuję, jakbym mogła góry przenosić :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Mimo, że od mojego ostatniego porodu minęły prawie 2 lata i obydwa moje porody były stosunkowo łatwe nadal nie jestem w stanie czytać takich historii w całości i chyba opisać swojej tak szczegółowo też nie...

    OdpowiedzUsuń
  24. Sorry ale mieszkam w Anglii i chciałam zapytać dlaczego w Polsce robi się kobiecie lewatywe i w dodatku się nacina?! Po co? Ja miałam przyjemny poród tutaj, a moje dziecko było Pani wielkości, wiec po co ciąć? Żeby się dłużej goilo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miałaś farta, bo ja znam dziewczyny z UK, które porody wspominają tam jako horror.
      nienacięte popękały strasznie, aż do odbytu i dopiero miały problem :/

      co do lewatywy, to nie jest ona obowiązkowa, można odmówić. jednak ja od rana jadłam normalnie, przed samym porodem mieliśmy grilla, więc wolałam "opróżnić" się wcześniej niż równo z dzieckiem :)

      Usuń
  25. O takim porodzie właśnie marzę, też nie chodzę do szkół rodzenia, bo bym musiała do nich sporo dojeżdżać, a poza tym też jestem nastawiona na matkę naturę :) i bardzo chcę rodzić siłami natury, CC mnie przeraża. I mam nadzieję, że uda mi się nastawić do porodu tak pozytywnie jak Tobie, bo ostatnio mam chwile zwątpienia czy dam radę sobie z bólem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poród nie boli ;) momentami jest po prostu mało przyjemny...
      Będzie dobrze ;*

      Usuń
  26. najpiekniejszy dzień mojego życia :) tak jak czytalam to dluzej sie meczylam ale podobnie uslyszalam "o widać już włoski" wtedy wlasnie tez dostalam jakis kop w dupsko i parłam z calych sil :) jeee chce jeszcze raz a ty ? :D

    OdpowiedzUsuń
  27. Zupełnie przypadkiem trafiłam na ten post u Ciebie na blogu i... coś pięknego! Jakie to wspaniałe, że jednak są w Polsce kobiety, które dobrze wspominają swój poród. <3 Mój też był piękny - może jednak nieco bardziej bolesny od Twojego, ale mimo wszystko, było prawie jak w filmie. <3

    OdpowiedzUsuń
  28. Wzruszylam sie :) Rowniez mam nadzieje na taki porod! Pozytywne podejscie przede wszystkim,a ksiazka czeka u mnie na polce na przeczytanie :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za Twój komentarz :)